Halo Ziemia? Siedem gramów świeżych drożdży proszę! Nie macie już? A grzyby są? Też nie ma? To, co jest? Kubiety? Czekolada i Oscypki!!!??? To poproszę wszystkie. Nie można wszystkich? To może przynajmniej jakaś darmowa dostawa? Dziękuję i pozdrówcie Helenkę!
Wyobraź sobie upał, gorąco i lampkę dobrego białego wina, a potem dwie lampki czerwonego marsowego, a potem jeszcze jedną białego, zmrożonego wypijaną ze mną, po zachodzie słońca w Salonie Okrążającego Słońca na Marsie…
A potem jest ciemno i tylko zielone światło rozświetla stół z hiszpańskimi serami i małymi pomidorkami koktajlowymi ze sklepiku u Anki. Jemy palcami, z wielkiego pudła, pokrojone przez ciebie ciasto, przysłane prosto z Ziemi.
Ciasto jest podane na złotym krążku orbity. Jest maślano-kwaśne i chrupiące, smakuje Warszawą i Biarritz. Potem robimy zaczyn, zamieniając w czyn, drożdże i wodę, łącząc je ze szczyptą brązowego cukru. Mieszamy wodę z mąką, a potem ugniatasz ciasto w zgrabną i elastyczną kulę. Obrus ustępuje miejsca mące, mąka pomaga wałkowi, a wałek zmienia kulę w kształtny plaster. Następnie układamy na gorącej marsowej ziemi blachę, aby ją rozgrzać do czerwoności. Wielki plaster ciasta opada na gorącą płytę i czeka na pomidorowy sos z oregano i ziołami prowansalskimi, plastry mozzarelli, kawałki gruszki i drobinki pomidorów z oliwy. Wszystko obsypujemy deszczem migdałowych płatków i kwiatami z Kwiaciarni LL. Marsowa pizza jest gotowa. Zjedzona po godzinie dwudziestej pierwszej czasu ziemskiego, strawna dla Marsjan.

Komentarze
Prześlij komentarz