Przejdź do głównej zawartości

Notatnik poznania



Spojrzała Królowa na ptaki i morze mówiąc:

- Zakochałam się w tylu miejscach w Tobie, że to cud. Byłam na tylu Kontynentach Ciebie. Byłam pomiędzy Twoimi zdjęciami, a tym na co patrzysz kiedy je robisz. W Twoich miękkich włosach i opalonej skórze, w ładnym i zgrabnym ciele. W tym, że byłeś gdzieś obok mnie i miałeś swój świat i morze.

- A teraz mnie pytasz czy życie jest krzywdzące? Wiesz, dla mnie nie...

Życie jest ogrodem z miękką zieloną, pachnącą trawą. Jest milionem dużych i małych wzruszeń. Na dłoniach splecionych palców, na mokrych od rosy stopach, na uśmiechu pozostawionym na twarzy kiedy już nie ma słońca. Jest przyjaźnią Królowej i Kota. Jest wielką potrzebą bliskości swojego Kochanka.

Następnie, Królowa zamilkła, patrząc na srebrną taflę Ocean Spokoju w sobie.

- Pytasz czy przyjaźń z Tobą jest krzywdząca? Wiesz, dla mnie nie...

Kiedy leże w łóżku i płaczę, to tylko dlatego, że byłeś mi tak piękny w tylu minionych dniach i wspomnieniach. Bliski, bo zamieszkałeś w Ogrodzie mojego Świata. Na Ganku mojego Serca, tam gdzie nikt oprócz nas, naszych spotkań nie widzi. 
W moim świecie, zaprzyjaźniłam się z Twoim głosem, aparatem i drogą do pracy. Z tym, że o godzinie 16 kończysz. Z tymi odwiedzanymi wystawami i odsłuchanymi koncertami. Przesyłaną muzyką i zdjęciami. Zaprzyjaźniłam się tym wszystkim, z czym, za nim odszedłeś postanowiłeś się ze mną podzielić. I byłam naprawdę szczęśliwa, teraz to wiem, że byłam.

I płaczę właśnie nad tym, że było mi tak dobrze, a teraz mam iść dalej bez Ciebie. Bez tej historii o którą tak dbałam, przez tyle tygodni. Bez Ciebie, mój świat nadal będzie trwał ale już nigdy nie będzie taki sam, bo spotkałam właśnie Ciebie. 

Ludzie nie są jednorazowi, nie są higieniczni. Kiedy tak kocham, siedząc w noc ciemną na Łóżku Czasu, płacząc nad minionym, tuż po północy i w przedświcie nowego dnia, to wcale nie jestem piękna... Mam opuchnięte oczy od łez i nie wyglądam mądrze.

Dlatego wiele jest we mnie smutku, bo byłam tak bardzo prawdziwa i nie gotowa na jutro. Mnie się wydawało, że będzie więcej tych sobotnich spacerów, ogrodów i niedziel. Powtarzalności. Siedzenia obok. Patrzenia. Może dlatego, że inni tak mają. Że mają siebie, dla siebie, przynajmniej przez jakiś czas.

Właściwie to te ciasteczka nad morzem... właśnie dokładnie ta chwila, uświadomiły mi, że było to ostatnie i jedyne takie nasze spotkanie. Ten lot mew nad głową, chaos i szum ptasich skrzydeł, przetykanych wiatrem i w zachłanności, łapanym w locie okruchami słodyczy.

I ciągle zapominam, że jeśli ma się do czynienia z Absolutem to jest to tylko jedna chwila z Bogiem. 
I szłam z Tobą jak z Bogiem tylko ten jeden raz po jesiennej plaży. I nie będzie powtórek i kawy. Spojrzenia z mola na wodę. Na meduzy i niedzielne przedpołudnie.

Popatrz, jakie to mało ludzkie jest, jakie to boskie jest, jakie to jednorazowe jest.

I siedzę w nocy i myślę o tym, że pary się kłócą o wyrzucanie śmieci, o codzienne sprawy, a my nie mamy razem jutra i jeszcze jednego przejścia przez pasy kiedy trzymam Cię pod ramię. Dlatego jestem smutna.


Królowa wyrzuciła ostanie zielone szkiełko mądrości do wody, zdjęła pajęczynę włosów z mokrej twarzy i odetchnęła, mówiąc...

Widzisz, ja nie mam miejsca na pomyłki, niedomówienia. Jeden spacer wrześniowy nad Wisłą, jedno trzymanie mojego kolana na Twoim. Jeden spacer w nocy i jedna wystawa. Jedna książka, którą od Ciebie dostałam. Jedno odprowadzenie na dworzec i przytulenie przed odjazdem. 

- Pytasz czy ja czuję, że to mało? Wiesz, dla mnie nie...

Czuję się, już dziś z tego taka dumna i bogata. Znów z pokorą. Że mam te moje trofea czasu, wspomnienia bliskości z Tobą. Że rozumiem, że i tak było tych chwil tak wiele. Że zaprosiłeś mnie na śniadanie i mogliśmy siedząc obok siebie, rozmawiać i oglądać jak w filmie kulinarny, krojone rogale. Że jeździliśmy kolejką po mieście i wracaliśmy w nocy tramwajem. Że mieliśmy dla siebie te kilka nocy, że czułam Twój dotyk i ciepło. 

Ja naprawdę byłam obecna. Wiele scen, detali, tego spotkania zostało: marka twojej koszulki z ostatniego dnia, dotyk podszewki kurtki i ustawienia aparatu. I pamiętam, że pewnego dnia przestałeś przesyłać do mnie muzykę i coraz rzadziej do mnie pisałeś. Pamiętam. 

A potem pamiętam dni kiedy nie spotkałam odczytywanego w telefonie Dzień dobry. Nie znalazłam listu, choć kilka dni otwierałam skrzynkę myśląc, że coś się za długo spóźnia. Ja chyba podświadomie rozumiałam, że nie ma więcej razem jutra.

I co teraz na koniec mogę powiedzieć, było pięknie. Pokochałam nas, takimi jacy jesteśmy. Dlatego na koniec dobrych historii płacze się gorącymi łzami, bo coś tam w sercu zostało poruszone. Już mnie nie przytulisz, nie powiesz Dzień dobry, nie będę Twoja. Oswajanie właśnie z tych powodów jest niebezpieczne.

Pamiętaj, kochaj jakbyś nie miał jutra, ja już tak będę robić.

fot. Tomek Cieślikowski

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Uczące Serce

O Królowa zostawiła list, zdziwił się Kot, który jak zwykle po obudzeniu udał się do kuchni, gdzie jak dotąd bywał pierwszy, a tu niespodzianka. Dziwne, pomyślał… Otworzył, pięknie zaadresowaną kopertę i zaczął czytać atramentowe maczki, które układały się w kształtne zdania, a potem w myśli Królowej. Kochany Kocie, Nie będzie mnie dzisiaj. Dojrzewam. Do tej zimy, do czasu, do zmiany. Do bycia nową sobą. A teraz trochę o mnie, o tym kim byłam zanim się poznaliśmy… Kiedyś byłam inna, dużo marzyłam. Teraz żyję. I dzieje się przez to wiele cennych rzeczy we mnie i wokół mnie. Wtedy, wcześniej też się działy z tym, że szukałam ideału, widząc niedoskonałość w ludziach, w rzeczach. Teraz to zniknęło, pozostała ciekawość. Zrozumienie, że wszystko od zawsze było we mnie, ten cały opór i niezgoda, a ludzie, zwierzęta po prostu są, są tak samo jak mgła, jak drzewa. Chciałam Ci opowiedzieć o Uczącym Sercu, a oto o nim opowieść. “Uczące Serce pewnego dnia obudziło się, tak jak b...

Interrupting habits

  Kawa bez mleka, koniec świata, mleka mają swój koniec, nawet te z Biedronki.  Śnieg, światło, śnieg, drobne podszczypywanie po twarzy.  Pochrupywanie, podrygiwanie, podnoszenie, pod nogami w kolorze obciążonej bieli obłażącej z czarnych, spasionych od śnieżny gruzów, butów. Chodniki nadrukowane w koła, w łapy, w UFO miejskiego życia. Pachnie mrozem, na płasko, bez wyczuwalnych warszawskich akcentów.  Szczypulanko, delikatniuchne wycelowane w poliki i w brodę. Soft, pieszczoty pogody. Lico buraczkowe, na okrągło, z oprószaniem szronem, zakonserwowana na sztywno z brodą. W zimowe słońce, rozczula się dusza, wampirzyca, zgłodniała światła słonecznego, żre oczami, prawie dławi  się   na przaśny widok stawu. Drzewa ubrane w skafandry śniegu, zmarzliny stycznia. Przy drzewach, zanurzeni w śniegu jak w maśle, schowani w schronach z ubrań, ćwiczący ludzie. Zasunięci pod nos w kurtki, omotani rękawiczkami, zabunkrowani w podwójne pary spodni. Zakurtkowani. Podbici...
Jesteśmy ludźmi z tatuażami własnych sn ó w. Oglądanych przy nagości księżyca w pełni, pod ulicznymi i morskimi latarniami, daleko od lądu. Zabrałam w podróż, spakowane sceny bliskoś ci, poca łunki, oddechy, ciepł o cia ł.  W sumie wyszedł z tego cały album erotyki, namiętnik kochank ó w. Przechodząc wieczorem przez skwer Orszy, przyszły do mnie kwitnące lipy, a z nimi myśl, że tak oto minął rok naszej znajomości. Miliony wypowiedzianych i zapisanych słów. Jakaś niekończą ca si ę  armia pragnie ń i rozgrzanego ciał a, ch łodzonego głową i odwrotnie.             W sobot ę, po treningu w Łazienkach, siedzieliśmy w barze mlecznym. Do południa tylko śniadania, więc jedliśmy grzecznie jedynie dostępne na ciepło naleśniki, czekając przy tym z kompotem w dłoniach na południe i dania obiadowe.  Populacja rodzin z małymi dziećmi, obsiadła stoliki i zaczęł o si ę jak w ptasich gniazdach, karmienie. Ciap – otwarc...