Na stole środy, poukładany w ważki dzień. Południe, pralka zipie i szumi, pierze szary od brudu chodniczek. Zaczynam bardzo dobrze rozpoznawać kiedy się męczę. Jestem jak ten telefon, pokazujący poziom baterii. Męczą mnie napchane w dzień, minuta po minucie, drobniutkim ściegiem zadania. Moja głowa potrzebuje bezczynności, pustki, zatrzymania, braku szycia z powodu zniknięcia nitki.
Wakacje w 72 godziny. Wyjazd nad morze z rodziną. Pierwszy raz w życiu, z nutą nostalgii, że nigdy nie było się tu z ukochaną Babcią J. Spanie w blaszanym baraku, na elegancko, nazwane przez nas na rzecz zaistniałego mroku: Miasteczkiem Twin Peaks.
Nadmorska kwatera, dopieszczana w ciągu dnia, żarzącym słońcem i odgłosem ryczących na pobliskim torze gokartów.
Na dobranoc, rozrywające noc, przejazdy pociągu. Świszczące pośród małych sopockich uliczek. W ciągu dnia maszerowanie godzinami po plaży, mokrej, lizanej na brzegu przez bałtycką falę. Obiady dwa, na trzy talerze i koncert piwa bezalkoholowego z pogawędkami homoseksualistów siedzących obok przy stoliku. Turbot wielkości talerza, frytki, gofry i brzuch jak balon. Wściekły upał przyklejający gorącem bieliznę do ciała. Trzy drzemki w cieniu i niezliczona liczba otyłych ciał toczących się po molu. A potem powrót do stolicy, pełnym rodzin przedziałem, w pociągu początku wakacji. W wagonie wypchane, sapaniem, stękaniem powietrze. Urozmaicone dla smaku, mimowolnym szarpaniem przez wiatr w oknie brązowej zasłony.
Wakacje mnie zmęczyły. Nawtykane pełno piasku w uszy, w ubrania, w plecak, w głowę. Potrzebuje snu, ciszy i spokoju. A tu praca czeka, siedzę przed komputerem i ledwo rozpoznaję programy. Patrzy mi się na to jak na abstrakcyjny obraz, namalowany olejną farbą na płótnie, pachnący terpentyną.
fot. Maya Rostkowska
fot. Maya Rostkowska

Komentarze
Prześlij komentarz